Google+ Followers

poniedziałek, 26 listopada 2012

Dziewięć.

- Co wiesz? - Spytała, kiedy weszli do sypialni Jaye. Artur uśmiechnął się zawadiacko i rozłożył na łóżku, mówiąc:
- Tak niemiło się odzywasz do swojego jedynego źródła informacji? Chętnie napiłbym się whisky z colą. - Spojrzała zdziwiona na Artura, ale poszła do salonu, żeby zrobić mu drinka.
     Wróciła do pokoju po dziesięciu minutach z szklanką w ręce i ujrzała uśmiechniętego Artura, siedzącego naprzeciwko otwartego laptopa. Podeszła cicho i zajrzała mu przez ramię - rozmawiał z Eleanor.
- Myślałam, że sportowcy nie mogą pić. - Artur wzdrygnął się na dźwięk dobrze znanego mu głosu i szybko zamknął laptopa.
- Nie jestem sportowcem. Wywalili mnie jak przyszedłem pijany na trening.
- Co ci odbiło?! - Krzyknęła dziewczyna i uderzyła go w tył głowy. Artur zaśmiał się drwiąco i powiedział:
- Chcesz coś wiedzieć o tej bransoletce, czy nie? - Dziewczyna kiwnęła twierdząco głową i usiadła na pufie naprzeciwko Artura, który wyciągnął z torby czarną teczkę z napisem "bransoletka Jaye". Skrzywiła się lekko na myśl, że to on wpadł na taki dobry pomysł, a ona siedziała na tyłku i się obijała, zamiast coś zrobić. Czasami po prostu nie myślała, a szczególnie, gdy sprawa dotyczyła właśnie jej. Ostatnio praktycznie w ogóle nie zawracała sobie głowy bransoletką, jakby próbując ją wymazać ze swojego życia.
- Słuchasz mnie? - Usłyszała ostry głos Artura. Westchnęła przeciągle i spojrzała na niego niechętnie. Jego niebieskie oczy lustrowały Jaye od dołu do góry, zatrzymując się na dekolcie bluzki. Zasłoniła go ręką i spojrzała wściekłym wzrokiem na Artura.
- O czym mówiłeś? - Spytała, a na policzkach bruneta wykwitły rumieńce. Zaśmiała się w duchu i pogratulowała sobie przewagi.
- Bransoletkę znalazłaś na plaży w ten sam dzień, kiedy dostałaś ataku i wylądowałaś w szpitalu, tak? - Pokiwała głową na znak zgody i skarciła się w duchu. Uznała, że to ona powinna była wpaść na genialny pomysł założenia teczki. Przecież on wiedział dokładnie tyle samo, co ona. Jednak Artur był trochę bystrzejszy niż każdy przypuszczał.
- W szpitalu mówiłaś coś o piętnastu dniach i śmierci. - Dziewczyna spojrzała się z rozbawieniem na Artura. Co jak co, ale to, co mówiła pamiętała i to bardzo dokładnie. - umarli.
- Kto umarł?! - Krzyknęła zaskoczona, a Artur roześmiał się w głos. Po chwili spojrzał się na nią srogo i mruknął:
- No.. Twoi bracia. Po piętnastu dniach od twojej przepowiedni.
- Nie  było żadnej cholernej przepowiedni! - Artur patrzył się na Jaye przez chwilę i powiedział:
- Nie mam bladego pojęcia co w tobie widziałem. - Zaczął pakować swoje rzeczy i wychodząc, powiedział:
- Zapomnij.
- Niektórych rzeczy się nie da zapomnieć, Artur. - Dziewczyna usłyszała cichy śmiech i delikatnie zamknięcie drzwi. Spojrzała na blat biurka i ujrzała małą karteczkę z rysunkiem bransoletki z dopiskiem przy śnieżynce lawina . Schowała rysunek do jednej z szuflad biurka i spojrzała na zegarek. Godzina 19:34, a ona wciąż nie zrobiła nic, co mogłoby pomóc normalnie funkcjonować. No powiedzmy.. w miarę normalnie.
      Codziennie chodziła jak trup, a rana pod okiem zrobiła się cała czerwona. Przemyła twarz wodą i weszła do łóżka. Była dziwnie zmęczona, jakby ktoś lub coś wzywało mnie do łóżka.

Każdy ma swoje miejsce marzeń. Kobieta, mężczyzna, dziecko - każdy ma w głowie choć jeden obraz tego miejsca. Żyjemy w nim nie mając celu i robimy to, na co tylko w danej chwili mamy ochotę. W naszym idealnym świecie nie ma złych ludzi. jesteś tylko ty i twoje wyobrażenia, które na twoich oczach się materializują. Możesz je dotknąć, powąchać, cokolwiek tylko chcemy, bo w chwili, gdy obraz staje się realny, staje się także nasz. Bo w twoim wyimaginowanym świecie istnieją tylko twoje zasady lub ich brak. Marzysz o czym chcesz i to dostajesz, bo o to w tym wszystkim chodzi. W swoich marzeniach mamy wszystko, co chcemy.

- Kazałeś mi tu być. - Powiedziała z niechęcią dziewczyna do Aleca, który wydawał się być zaskoczony spotkaniem z nią. Dziewczyna rozejrzała się dookoła z zaciekawieniem. Nigdy tu nie była, na pewno nie za życia. Stała na jakimś klifie i widziała trzy wyspy. Nic innego tu nie było, a jednak śmiało mogła stwierdzić, że była w pięknym i wyjątkowym miejscu.
- To są wyspy Arann, zamykają zatokę Galway. - Mruknął Alec, widząc zainteresowanie dziewczyny widokiem. Spojrzała na niego zdziwiona i spytała:
- Gdzie my jesteśmy, Alec?
- Klif Moher, w Irlandii... - Spojrzała się na niego przerażona i usiadła na trawie, wpatrując się w horyzont. Właśnie zachodziło słońce, choć dziewczyna uznała, że nie mogłaby powiedzieć, że jest tu ładniej o zachodzie słońca, niż w Cannes. Wpatrywała się w słońce jeszcze przez dłuższą chwilę i spojrzała na Aleca.
- Dlaczego twoje oczy zmieniają kolor?
- Nie wiem, nigdy się tak nie działo. - Alec wpatrywał się tępo w czubki swoich trampek, kiedy niespodziewanie wypalił:
- Miałem 18 lat. Wychowywał mnie ojciec. Był dobrym człowiekiem. - nie krzyczał, nie bił mnie, ale czasami po prostu zaszywał się w swoim pokoju na dwa dni i pił. - Jaye siedziała obok niego i nie wiedziała, co mogłaby mu powiedzieć.
- A co z twoją mamą? - Spytała najdelikatniej jak tyko potrafiła. Alec spojrzał na nią przelotnie i szorstko odpowiedział:
- Zmarła, kiedy miałem 8 lat.
- Przykro mi. Przepraszam. - Chwyciła go za dłoń, ale on wyrwał ją z uścisku i spojrzał się ostro na nią.
- Czemu ludzie przepraszają za coś, czego nie zrobili? Przecież to nie twoja wina, że przechodziła wtedy przez pasy.
- Ale ludzie mają uczucia. - Przerwała mu. Mówił o Jaye, jakby sam nie był człowiekiem. Dziewczyna przyjrzała mu się uważniej i wtedy ujrzała bliznę, która ciągnęła się od szyi, aż na plecy.
- Co ci się stało? - Spytała, wskazując głową na szramę.
- To...Umm...Nic.
- Co. Ci. Się. Stało. - Powtórzyła, akcentując każde słowo z osobna. Alec nie wiedząc, gdzie ma oczy podziać,  po chwili spojrzał na dziewczynę i powiedział:
- Miałem 19 lat, kiedy zacząłem mieść dosyć ludzi, nie wyłączając siebie samego. Ludzi, którzy robili tylko to, co musieli i za wysoko się cenili, aby cokolwiek z tym zrobić. Nauczyłem się od nich zaraźliwego poczucia bezsilności, objawiającej się pod koniec każdego dnia. Ja wiedziałem, ze potrafię więcej; że potrzebuję robić więcej, BYĆ kimś więcej. Kilka miesięcy później spadłem z mostu. Zginąłem na miejscu. Stąd ta szrama...
- Kim ty jesteś? - Spytała dziewczyna przerażona, ale Alec nie zwracał na nią żadnej uwagi i mówił dalej:
- Później dowiedziałem się, że w końcu mogę być kimś więcej. Pomagałem staruszkom, młodym ludziom, dzieciom, kobietom. Byłem prywatnym aniołem stróżem. Pewnego dnia siedziałem z dziewczyną, właśnie w tym miejscu i opowiadała mi, ze jest ponad to wszystko. Że może robić co tylko zechce, i że ja też tak mogę. był tylko jeden warunek, o którym mi nie powiedziała. - Alec przerwał na moment, a dziewczyna wykorzystując sytuację, ponowiła pytanie:
- Kim jesteś?
- Daj mi skończyć, do jasnej cholery, Jaye! - Krzyknął zniecierpliwiony Alec. Przez dłuższą chwilę panowała przerażająca cisza.
- Jak wyglądała? - Alec spojrzał na dziewczynę zdziwiony, ale po chwili usłyszała odpowiedź:
- Miała długie do pasa czarne włosy i czarne oczy, jakich nigdy wcześniej nie widziałem. Jak dwa, duże kawałki węgla. Miała alabastrową cerę i delikatne dłonie. Była idealna w każdym calu. Była idealnie zła... - Wyszeptał ostatnie zdanie i przymknął oczy. On też wydawał się idealny. Alec BYŁ idealny... Potrafił byc czuły i walczył o swoje jak puma, ale ON NIE BYŁ zły...
- I wtedy okazało się, że ona mnie po prostu podle wykorzystała. Zwabiała mnie na złą stronę za pomocą swojej urody. - Powiedział twardo Alec i zamilkł. W przeciągu kolejnych pięciu minut nikt nie usłyszał żadnych słów. Siedział obok Jaye i wpatrywał się w statki na wodzie, które po jakimś czasie zniknęły.
- Ona była zła i ja też taki jestem, Jaye.
- Nie jesteś zły, Alec. Widzę cię codziennie. Jesteś najlepszym człowiekiem...
- Nie jestem człowiekiem! - Krzyknął wściekły Alec, przerywając jej w połowie zdania. Nie rozumiała nic z tej rozmowy, oprócz tego, ze Alec uważał się za złego...nadczłowieka.
- Więc kim jesteś?
- Warunkiem możliwości bycia ponad wszystko była wieczna służba Ericowi.
- Kim jesteś? - Szepnęła przerażona dziewczyna, a Alec spojrzał na nią czule i powiedział:
- Jestem Aniołem...Upadłym Aniołem.






6 komentarzy:

  1. będę pierwsza :D
    świetny blog jak i historia. Nominowałam cię do Liebster Award więcej info na http://truelove-onedirection.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. wow. :o
    kilkanaście dni temu natrafiłam na twoją historię,
    ale z braku czasu nie mogłam jej nawet zacząć, więc teraz,
    korzystając z chwili wolnego, przeczytałam od prologu
    po ten rozdział i stwierdzam, iż jest to wspaniałe opowiadanie,
    jakiego nie czytałam jeszcze :) oryginalne i bardzo wciągające. uwielbiam <3
    teraz siedzę w napięciu i będę wyczekiwać następnego, jak ta sytuacja się rozwiąże
    i co będzie dalej? :) "zdolniacha" z ciebie :D
    http://every-piece-of-your-heart.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. wow, padam do kolan.

    OdpowiedzUsuń
  4. BIJĘ POKŁONY ! LIV CHOLERNIE KOCHAM CIĘ I TWOJEGO BLOGA <3 PISZ DALEJ DZIEWCZYNO! <333 rozdział zajebisty <33 ! ~Camille

    OdpowiedzUsuń
  5. ASDHJGHDJDNBHJVDJSKDM! Liv, kurde! Nie mogę wyjść z podziwu. Masz taki wielki talent! Podziel się! :D Ej nie, a serio to rezerwuję u ciebie twoją pierwszą książkę z autografem, bo mam nadzieję, że takową wydasz! <3
    Nigdy w życiu nie pomyślałabym, żeby tak połączyć wątki. Do głowy by mi to nie przyszło. Chylę czoła, jesteś wielka!
    Czekam na kolejny. ;*

    OdpowiedzUsuń
  6. Zajebisty. Brak słów :* Kocham i czekam na następny ;*

    OdpowiedzUsuń