poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Dwadzieścia cztery.


 - Nathalie jak się czujesz? – Spytał cicho Alec, pakując walizkę Jaye. Miał z nią porozmawiać, ale ona uznała, że nie ma czasu i że pogadają kiedy indziej. Wiedział, że ma jej nie szukać, ale czy to źle, że pragnął ją zobaczyć? Człowiek nad tym nie panuje, żyje swoim tempem, nie oglądając się na innych. Szuka tej jednej jedynej osoby, z którą może iść przez życie wspólnie i wtedy dowiaduje się, że ta osoba nigdy nie była tym, za kogo się podawała. Nie udawaj kogoś kim nie jesteś. Ludzie na każdym kroku kłamią. Patrz im się prosto w oczy, a dowiesz się wszystkiego.
- Jak wredna dziwka, to źle? – Syknęła w jego stronę i zapięła swoją torebkę z bronią. Była wściekła, że jej się nie przydała. Była tak cholernie wściekła, że miała ochotę rozkwasić wszystkim twarze. Wiedziała, że to źle, ale nie potrafiła nad tym zapanować. Przez głupią blondyneczką, którą postrzelili musi się nad wszystkim nauczyć panować od nowa. Przez pięć lat trenowała wyłączanie uczuć i samoobronę, a teraz potrafi odepchnąć kogokolwiek tak mocno, że może mu złamać kręgosłup jednym ruchem.
- Chyba tak. Przynajmniej tak mi się wydaje, że to źle. – Nathalie spojrzała się srogo na swojego przyjaciela. Kochała go, ale nie potrafiła z nim teraz żartować. Przyjechała do Cannes, żeby znaleźć syna czarownicy, Alec jednak pragnął zobaczyć tylko i wyłącznie słodką blondyneczkę, która wplątała się w jakąś sektę, która ani trochę nie przypadła do gustu czarnowłosej. Od razu wiedziała, że z Camille będą same problemy, ale nie chciała nic mówić Alekowi, wiedząc jak ból mu sprawi, kiedy będzie chciała go odciągać od jego jednej, jedynej miłości. Kto w ogóle wymyślił taką bzdurę? Według Nathalie miłość to tylko i wyłącznie wymysł słabych ludzi, którzy używają tego jako wytłumaczenia na wszystkie niedoskonałości i źle wykonane rzeczy.
Dziewczyna prychnęła głośno i rzuciła torbę na łóżko. Dźwięk obijanych o siebie noży uspokajał ją. Może i to dziwne, ale dziewczyna uważała to za lepsze niż odgłosy bzykających się delfinów, których słuchał Eric, kiedy był zmęczony i chciał wypocząć.
Nathalie uśmiechnęła się pod nosem i skierowała się w stronę wyjścia z pokoju. Kiedy przekręciła klamkę, spojrzała się za siebie i ujrzała Aleca, który wpatrywał się w widok za oknem. Westchnęła głośno i podeszła do chłopaka, kładąc mu dłoń na ramieniu.
- Co się dzieje? – Spytała i spojrzała w to samo miejsce, gdzie Alec. Dzieci bawiące się na placu zabaw. Mały blondynek i czarnowłosa dziewczynka, którzy bujali się na drewnianych huśtawkach.
-  Przypominają mi nas. – Alec spojrzał się na Nathalie i uśmiechnął się do niej lekko.
- Wypraszam sobie. Ta dziewczynka ma dziwny nos. Jestem od niej ładniejsza. – Alec zaśmiał się cicho i mocno przytulił do siebie Nathalie. Nie chciał jej stracić, a teraz kiedy na nowo odzyskała siły i nie potrafi nad nimi zapanować, boi się tego najbardziej. Nathalie jest osoba, która pomagała mu od zawsze. Co prawda to przez nią zszedł na złą drogę, ale czy to jest ważne, kiedy świat przysłania mu Jaye? Blondynka, która potrafi wybaczyć wszystkim i wszystko. Dzięki niej zrozumiał, że nienawiść do niczego nie prowadzi. Chciał tylko wybaczyć i stać się na powrót zwykłym człowiekiem, żeby móc spędzić swoje życie z Jaye. Fakt, że był nieśmiertelny przeszkadzał mu w tym. Nie mógłby patrzeć na nią z oddali i wpatrywać się w jej zmarnowane ciało, które słabnie z każdym kolejnym dniem. Chciał być z nią kiedy cierpiała, kiedy była szczęśliwa. Chciał być częścią jej życia, ale wiedział, że ja traci. Właśnie przez to, że jest „tym złym”.
- Dobra, Alec. To już jest chore. Idź sobie tak poprzytulaj swoją dziewczynę. – Nathalie zaśmiała się cicho i odsunęła się od chłopaka na szerokość ramiona, mówiąc:
- Ona cię kocha, Alec. Bardzo. – Chłopak uśmiechnął się w jej stronę szeroko i chwycił do ręki bagaż Jaye i Nathalie. Czarnowłosa przytrzymała mu drzwi razem ruszyli w kierunku holu, na którym powinni czekać Jaye, Camille i Paul.
Zeszli na dół i ujrzeli, ze nikogo tam nie ma. Czarnowłosa zwinęła dłonie w pięści i spojrzała na Aleca, który był zbyt skoncentrowany na szukaniu Jaye. Nathalie westchnęła głośno ze złości i wyszła z hotelu, zauważając czerwoną sukienkę Jaye.
- Musicie się ta chować? Miałam ochotę pourywać wam łby. – Syknęła w ich stronę dziewczyna i spojrzała przelotnie na Camille, która dotykała cały czas swojej rany postrzałowej. Nathalie była prawie pewna, że gdyby pociągnęła tak jeszcze z cztery godziny to by przetarła bandaż, który jest tam kompletnie niepotrzebny, bo jej rany goiły się teraz z szybkością światła.
- To chyba norma w twoim wydaniu, prawda? – Syknęła w jej stronę Jaye, która wręcz świdrowała ją wzrokiem. Nathalie prychnęła cicho pod nosem.
- Mamy problem. Mam czteroosobowy wóz, a nas jest pięciu. Ktoś musi jechać na bagażniku.
- Jaye i Alec.- Powiedziała wesoło Nathalie i wpakowała się na tylne siedzenie samochodu.
- Ma tam jechać jedna osoba, matematyczko od siedmiu boleści. – Syknęła Camille i weszła do auta, siadając na przednim fotelu. Nathalie prychnęła głośno i kopnęła siedzenie dziewczyny, przez co ta odbiła się tak mocno, ze uderzyła głową w szybę.
- Ja pojadę z Alekiem na naczepie. – Powiedziała swobodnie Jaye i wskoczyła do tyłu, patrząc na zaciekawionego Aleca.
Chłopak wskoczył za nią i delikatnie się uśmiechnął. Chciał usiąść koło niej, ale kiedy spojrzał w jej wściekłe oczy zrezygnował. Nie wiedział, gdzie się podziać, więc po prostu usiadł na drugim końcu i zamknął oczy, powstrzymują łzy. Po chwili poczuł jak samochód rusza i westchnął głęboko.

Tęskniłem za tym, kiedy uśmiechała się do mnie zza blatu, kiedy robiła nam śniadanie. Tęskniłem za jej porannym uśmiechem.
Pragnąłem patrzeć na jej wściekłe spojrzenie.
Pragnąłem wiedzieć, że nigdy mnie nie zostawi.
Zrobiła to. Bez słowa. Bez pożegnania. Zostawiła po sobie kilka słów, których nigdy nie usłyszałem z jej ust. Kochała mnie, a jednak zostawiła. Wiedziała, że umrę bez jej uśmiechu. Byłem uzależniony.
Od jej oczu.
Od jej uśmiechu.
Od jej dołków w policzkach.
Od jej głosu, który rozbrzmiewał w mojej głowie za każdym razem, gdy się budziłem.
Wiedziałem, że całe zło, które zagościło w jej życiu, było z mojej winy, ale uczucie, które wyżerało mnie od środka było wystarczającą karą. Chciałem zrobić cokolwiek, byleby zdobyć jej miłość z powrotem, ale ona po prostu odeszła. Być może odchodziła już przez dłuższy czas, a tamta noc to był po prostu przełom. Nigdy mi nie powiedziała, że jest nieszczęśliwa, ale mogłem się tego domyślić, prawda? Zaczęła się rzadziej się uśmiechać, nie zależało jej na mojej uwadze już tak bardzo jak kiedyś. Zamykała się w swoim pokoju na krótkie minuty, jak i na długie godziny. Przestała wpuszczać mnie do swojego świata, aż w końcu uciekła od wszystkich. Też tak robiłem, to rozwiązywało wszystkie problemy, począwszy od tych najłagodniejszych.
Uciekałeś i zostawiałeś za sobą całe zło. Jaye myślała, że kiedy ucieknie wszystko zniknie. Chwytała się brzytwy byleby móc wybić się z dna. Wybrała najgorszy środek łagodzący ból. Może po prostu powinienem pozwolić jej odejść bez słowa? Może to byłoby mniej bolesne niż pożegnanie?
Może, ale przestałem wybierać najłatwiejsze drogi odkąd ją poznałem, bo to ona mnie tego nauczyła. Pogodziła się ze stratą najbliższych i czekała. Siedziała w swoim pokoju i czekała aż znowu stanie się coś złego. Jakby całe jej życie składało się z czekania. Była przyzwyczajona i oswojona ze śmiercią, jakby stykała się z nią od urodzenia.

- Co ty robisz? – Spytała Jaye, patrząc w granatowe oczy Aleca. Przez całą drogę spał, nie zwracając uwagi na dziewczynę. Chciała z nim porozmawiać, przeprosić go dopóki byli sami, ale on po prostu odleciał jak gdyby nigdy nic.
- Śpię. – Syknął w jej stronę i rozejrzał się dookoła. Stał na podjeździe przy jakimś olbrzymim budynku.
- No to najwyraźniej czas wstawać. – Odparła sarkastycznie Jaye i wyskoczyła z naczepy, przewracając się na ziemię. Chwyciła się za kostkę i jęknęła z bólu. Alec wyskoczył za nią i podszedł do dziewczyny. Dotknął jej ramienia, próbując ją podnieść, ale dziewczyna zrzuciła jego dłoń ze swojego barku i syknęła:
- Zostaw mnie w spokoju. – Alec podniósł dłonie w geście poddania i podniósł się z ziemi, otrzepując spodnie. Podał jej dłoń, ale kiedy zobaczył, że dziewczyna tylko przelotnie spojrzała na niego i wróciła do masowania swojej kostki, prychnął cicho i schował dłonie do kieszeni, kierując się w stronę budynku.
Jaye cicho załkała i podtrzymując się samochodu wstała z ziemi. Oparła głowę o szybę i głęboko odetchnęłam.
- Nie rozumiem cię. – Usłyszała głoś Nathalie i odwróciła się w jej stronę.
- Nikogo to nie obchodzi. – Syknęła w jej stronę i otarła łzy z policzka brudną od ziemi ręką. Nathalie spojrzała się zaskoczona na dziewczynę i  wzruszyła ramionami, odchodząc od niej na kilka kroków. Odwróciła się do niej napięcie i powiedziała:
- Niezależnie od tego co mu zrobisz i jak bardzo zranisz, on cię kocha. I choć nienawidzę patrzeć jak on cierpi, a robi to właśnie przez ciebie, nie mogę nic zrobić. Masz go w garści, Jaye i doskonale wiesz, że on sobie ciebie nie odpuści. Nigdy. – Jaye odwróciła głowę w przeciwną stronę i głośno odchrząknęła. Nie miała ochoty słuchać tych wszystkich bzdur. Chciała pozbyć się bransoletki w samotności. Chciała żyć bez zła w swoim życiu, ale wychodzi na to, że ono zawsze powróci, niezależnie od tego jak bardzo Jaye będzie się starała.
Otarła łzy z policzków i kulejąc ruszyła w stronę domu. Kiedy otworzyła drzwi ujrzała kobietę w czerwieni, która szeroko się uśmiechając stała przy wejściu do salonu.
- Witaj z powrotem, Jaye. – Dziewczyna uśmiechnęła się lekko i z oddali pomachała kobiecie. Nagle, ku jej wybawieniu ujrzała Camille, która machała do niej ze swojej sypialni. Jaye minęła powoli kobietę i poszła w stronę białych drzwi. Uchyliła lekko drzwi i weszła do środka, rozglądając się dookoła.
- Co chciałaś?- Syknęła Jaye w jej stronę i usiadła na niskim krzesełku przy toaletce. Nie miała ochoty z nimi rozmawiać, a już tym bardziej nie z Camille. Nie zrozumiałaby w jakim stanie znajduje się jej dusza.
- Czego chcesz, Cam? Jestem zmęczona. – Powtórzyła i spojrzała w lusterko toaletki. Już wiedziała na co patrzy się jej przyjaciółka. Jaye wyglądała jakby właśnie wróciła z bitwy na błoto. Całe jej czoło było wręcz czarne, a policzki miała całe w zaschniętym błocie. Wciąż przed oczami miała wściekły wyraz twarzy Camille, kiedy dowiedziała się, że znowu jest Upadłym Aniołem. Jaye dobrze wiedziała, że jej przyjaciółka wolałaby zginąć, niż stać się maszyną do zabijania, ale nie miała wyjścia, a to wszystko nie tłumaczyło jej ataku na nią.
- Wyjedźmy gdzieś. – Szepnęła lekko przestraszona i spojrzała w lustro.
Wpatrywała się w odbicie Jaye przez dłuższą chwilę, dopóki dziewczyna nie pokiwała głową na znak zgody.
- Kiedy i gdzie? – Spytała i podeszła do drzwi. Chciała stamtąd wyjść. Przemyśleć to, na co właśnie się zgodziła. Być może nie chciała wyjeżdżać, ale chciała uciec. A za każdym razem, kiedy uciekała on ją znajdował, choć była to ostatnia rzecz, której pragnęła. Nie chciała być odnaleziona. Nigdy…
- Portugalia. Jutro? – Spytała niepewnie, na co jej przyjaciółka pokiwała entuzjastycznie głową. Jaye nie spodziewała się tak szybkiego wyjazdy, ale uznała, że im szybciej tym lepiej. Nie mogła na nowo przyzwyczaić się do szczęścia…


- Wiesz o tym, że ona i tak ucieknie, prawda? Prędzej czy później. – Syknęła wściekła Nathalie, zwracając się do swojego przyjaciela. Nie chciała, żeby cierpiał, ale Jaye najwyraźniej to nie przeszkadzało dopóki nic nie działo się jej. Była kompletnie egoistyczna myśląc, że nie rani uczuć Aleca. Chłopak był najbardziej wrażliwą i emocjonalną osobą, jaką kiedykolwiek zdołała poznać Nathalie, a miała na to naprawdę bardzo dużo czasu. Czasami myślała jakby to było gdyby dała mu szansę, a następnej chwili pojawiała się postać Jaye, niszcząc wszystkie jej marzenia.
- Wolę, żeby to zrobiła później. – Szepnął Alec i podrapał się po głowie, rozglądając dookoła. Nie wiedział, gdzie są ani po co tak dokładnie tu przyjechali. Cieszył się jednak, że mają gdzie przenocować. Musieli się czegoś dowiedzieć o tej czarownicy Adele. Jeżeli w ogóle miała tak na imię.
Usłyszał głośne westchnięcie Nathalie, która zalewała wodą kawę w trzech kubkach. Alec spojrzał się na nią pytająco i uniósł jedną brew, kiwając na dodatkowy kubek.
- Musimy znaleźć ten adres. Samuel wrócił do domu, więc został nam ten przychlast od blond, który nas tam zaprowadzi. Poprosiłam go o to. – Alec spojrzał się zszokowany na dziewczynę, ale pokiwał głową na znak zgody. Miała rację, ale on nie chciał jej tego przyznać. Miała rację nie tylko w sprawie Paula. Zgadzał się z nią także w tym, że Jaye ucieknie i czuł, że stanie się to już niedługo. Nie wiedział dokładnie kiedy, może nawet już dzisiaj planuje znowu uciec. Nie miał ochoty dłużej jej gonić. Najwyraźniej myślała, że jeżeli ucieknie od niego, ucieknie od bransoletki. Myliła się. Eric znajdzie ją wszędzie, niezależnie od tego jak daleko ucieknie. On zawsze będzie ją gonił, a wtedy ona będzie go potrzebowała. Wróci. Będzie prosić, a wtedy on odwróci się i zrobi to, co ona. Ucieknie. Oddali się. Bo ona już dłużej nie będzie należała do niego. Prawdopodobnie nawet ją zapomni.
Zapomni jak wygląda jej uśmiech, oświetlany przez księżyc.
Nie będzie pamiętał jej rozbrajającego śmiechu, a dołeczki w policzkach po prostu znikną tak, jakby ich nigdy nie było.
Na zawsze znikną jej piękne blond włosy, a jej zielone oczy staną się rozmazanymi plamami w jego wyobraźni.
Po kilku miesiącach zapomni jej imię i tak po prostu zostanie.
Nie przyczepi sobie jej zdjęcia do ściany w domu. Jeśli ucieknie, nie chce jej pamiętać. Woli umrzeć, niż cierpieć z samotności całe życie.
Zdjęcia wszystkich swoich ofiar przeglądał codziennie po kilka razy, zapamiętywał ich imiona, żeby wzbudzać w sobie poczucie winy, od kiedy przestał to robić, czuł się o wiele lepiej. Nie sięgał pamięcią do tych wszystkich momentów, kiedy jego ofiary cierpiały i miał ochotę żyć. Pierwszy raz od kilku lat, miał ochotę zrobić coś szalonego, ale nie chciał być solo. Chciał grać w duecie. Od zawsze marzył o wielkiej miłości jak z ekranów kinowych. Kiedy spotkał Jaye, na początku chciał po prostu ją wykorzystać, później coraz częściej ją widywał, coraz rzadziej rozmawiał z Nathalie, a częściej z Jaye. Stała się jego obsesją, ale skoro woli uciec. Nie może jej zabronić. Może i by chciał, ale on sam w porównaniu do zła, które przeżywa Jaye jest niczym. Mała odrobinka złości i smutku w jednym ciele w porównaniu do śmierci najbliższych jest niczym. On sam jest NICZYM.
- Co tam? – Usłyszał głęboki głos Paula i odwrócił się w jego stronę. Chłopak stał w przejściu i przyglądał się im. Alec przewrócił teatralnie oczami i spojrzał na Nathalie, która wpatrywała się w Paula. Po chwili jednak otrząsnęła się lekko i uśmiechnęła szeroko, wskazując chłopakowi wolne krzesło przy małym, okrągłym stoliku.
- Mamy do ciebie jedno pytanie. – Powiedziała cicho i wyciągnęła małą karteczkę, którą Alec od razu poznał. To była ta z adresem syna czarownicy. – Gdzie to jest?
Samuel wziął od niej kartkę z adresem i wciągnął głośno powietrze, zaciskając zęby. Odłożył kartkę na stół i schował twarz w dłoniach.
- Skąd to macie? – Spytał, wpatrując się w czarne oczy Alec.
- Powiesz nam, gdzie to jest? – Odparł Alec pytaniem na pytanie. Nienawidził jak ludzie ignorowali jego prośby i omijali tematy.
- Tutaj. – Syknął Paul i odsunął krzesło od stołu, kierując się w stronę wyjścia. – Nikt nie wychodzi ani nie wchodzi, jasne? – Nathalie pokiwała szybko głową i spojrzała się na Aleca, który uważnie przyglądał się oddalającej od nich sylwetce chłopaka. Coś mu w nim nie grało.
- Wiedział skąd mamy adres. – Syknął pod nosem i klepnął się w pierś, sprawdzając, czy nóż nie wypadł mu z kurtki.
- Skąd, Alec? Pomyśl. Nie mógł wiedzieć. – Chłopak spojrzał się na swoją przyjaciółkę i odsunął od siebie kubek z kawą.
-Jesteś taka głupia, czy tylko udajesz? – Syknął i wstał od stołu, kierując się w stronę pokoju, który przygotowała mu kobieta w czerwonej sukni. Usłyszał jeszcze ciche przeklęcie Nathalie i otworzył drzwi do sypialni.
Usiadł na łóżku i otworzył pamiętnik swojej matki. Nosił go zawsze przy sobie od jej śmierci. Nikomu go nie pokazywał. Nigdy nie opowiadał o swojej matce, a na pewno nie swoim bliskim. Nie chciał od nich współczucia. Nie chciał od nich żadnego okazywania uczuć. Potrzebował tylko swobody. Coraz bardziej zamykał się w sobie, nie otwierając się nikomu. Trzymał miejsce dla Jaye, ale ona najwyraźniej nie miała ochoty skorzystać. Przestraszył się tego, że zaczyna przestawać mu zależeć. Podczas podróży złapał się nawet na chęci zabicia jej. Przynajmniej miałby spokój. Nie musiałby się starać, tęsknić, smucić. Byłby sobą… Sobą, którym zawsze chciał być – zabawowym, dumnym, niewrażliwym. Byłby dupkiem z krwi i kości i byłby z tego dumny. Nie miałby się czym przejmować. Mógłby w końcu bez wyrzutów sumienia wyłączyć uczucia i żyć, ale coś mu nie pozwalało. Mówiło mu, że lepiej jest jeszcze udawać tego dobrego, być nim…

- Nathalie? – Syknęła lekko przestraszona Jaye, stojąc w wejściu do kuchni. Blondynka spojrzała na zegarek i skierowała się w stronę lodówki, nie reagując na groźne spojrzenie czarnowłosej. Nie patrzyła jej się w oczy, wiedząc, że dziewczyna jest zdolna wyczytać z nich wszystko. Teraz, gdy zrozumiała, że utrata mocy była tylko tymczasowa stała się groźniejsza, bardziej przerażająca, a ostatnie czego Jaye brakowało to kolejny wróg.
- Nie, Duch Święty, blond. – Syknęła czarnowłosa i spojrzała się na Jaye, która właśnie nalewała sobie soku do szklanki.
- Hej, Jaye, zbieraj … - Nagle w drzwiach pojawiła się Camille z niebieską torbą w ręce. Jaye wpatrywała się ślepo w swoją przyjaciółkę, kiedy Nathalie po prostu zaciskała pięści i stała przy stole. Nie mogła uwierzyć, że już dzisiaj miała zamiar uciec. Spodziewała się tego po niej, fakt, ale nie sądziła, że tak od razu spróbuje znowu. Ledwo co, Alec zdołał ją odnaleźć.
Nathalie zaśmiała się pod nosem i skrzyżowała ręce na piersi, wpatrując się wrogo w oczy Jaye, która wędrowała wzrokiem po całej kuchni.
- Całkiem szybko się zdecydowałaś. -  Jaye spojrzała na czarnowłosą, a później wróciła wzrokiem na swoją przyjaciółkę i wzruszyła ramionami. Camille jednak nie miała w zamiarze tak łatwo rezygnować z ucieczki. Chciała zacząć wszystko od początku, zdała od ludzi, którzy się przejmowali.
- To była łatwa decyzja. – Syknęła Camille i sięgnęła po szklankę z wodą, stojącą na drewnianym stole w kuchni. Nie miała ochoty kłócić się z nią właśnie w takim kulminacyjnym punkcie, kiedy wszystko co złe miało się skończyć, ale czarnowłosa po prostu nie dawała jej wyboru. Sama ją prowokowała.
Jaye stanęła przy lodówce i przyglądała się uważnie ruchom Nathalie. Coś w jej zachowaniu nie podpasywało dziewczynie,  nie wiedziała tylko jeszcze, dokładnie co.  Spojrzała za okno i ujrzała czerwonego pickupa. Wysiadła z niego jej babcia i Eric, kierując się w stronę wejścia. Kiedy dziewczyna zobaczyła, że jej babcia spogląda w stronę okna, w którym stała, schyliła się tak, żeby nie było jej widać.  Kiedy usłyszała dzwonek, biegiem ruszyła w stronę swojego pokoju, taranując przy tym wszystkich napotkanych na schodach ludzi. Kiedy Alec wpadł na barierkę po tym, jak został odepchnięty przez zestresowaną blondynkę, zaśmiał się cicho pod nosem i pokiwał głową na znak dezaprobaty.
- Eric? Cassandra? – Syknęła kobieta w czerwonym płaszczu. Aleca dziwiło to, ze nawet na noc go nie ściągała.
- We własnej osobie. – Odparła lekko Cassandra i wyminęła kobietę w przejściu, stając twarzą w twarz z Alekiem, który przyglądał się Erikowi. Starsza kobieta odchrząknęła cicho, zwracając tym samym na siebie uwagę wysokiego blondyna.
- Gdzie jest Jaye? – Chłopak wzruszył ramionami i podszedł do Erica, który pokiwał lekko, przecząco głową, w momencie, kiedy Cassandra ruszyła po schodach do góry. Przechodząc koło zdjęć rodzin ludzi, mieszkających w tamtym domu, zatrzymała się przy jednym zdjęciu. Młoda kobieta o bladej cerze, ciemnych oczach i włosach, patrzyła prosto na Cassandrę z widocznym z wyrzutem.
- Tamara. – Szepnęła kobieta i przejechała palcem po ramce zdjęcia, zrzucając je z haczyka. Paul wzdrygnął się, kiedy usłyszał odgłos tłukącego się szkła i w momencie, gdy Cassandra znalazła się na tyle wysoko, ze nie było jej widać rzucił się w stronę zdjęcia.  Kobieta na fotografii miała wypalone oczy, a jej usta już nie były ułożone w szerokim uśmiechu. Były ściśnięte w cienką kreskę i nie wyrażały żadnych uczuć. Po policzkach Paula popłynęło kilka pojedynczych łez i w momencie, kiedy usłyszeli trzask drzwi wstał z podłogi i ruszył w stronę pokoju Jaye. Nie liczył się z niczym, chciał po prostu zemścić się na kobiecie, która zamordowała jego matkę.
Wbiegł po schodach prosto do pokoju Jaye i zamarł w przerażeniu. Starsza kobieta stała nad ciałem niskiej blondynki i przejeżdżała ostrzem noża po jej nagim brzuchu.
- Co ty robisz? – Spytał cicho, niepewny tego, czy chce uzyskać odpowiedź i podszedł do starszej kobiety.
- Potrzebuję jej pomocy, a skoro nie chce tego zrobić dobrowolnie zrobi to po mojemu.
Paul spojrzał się uważniej ciału Jaye i wzdrygnął się lekko, kiedy strużka krwi spłynęła po jej bladym brzuchu. Nagle do pokoju wparował Alec, który krzyknął głośno, kiedy zobaczył, że Paul nie interweniuje z sprawie jego dziewczyny. Blondyn rzucił się na chłopaka i przycisnął go do ściany, trzymając za gardło. Paul zaczął się dusić, ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Po prostu jak zahipnotyzowany wpatrywał się w okaleczane ciało przyjaciółki Camille. Alec ze łzami w oczach puścił chłopaka i rzucił się do ciała swojej ukochanej, klękając przy niej i kładąc jej głowę na swoich kolanach. Nie spodziewał się, że tak szybko ją straci. Był przekonany, że zanim to wszystko się stanie spędzi z nią jeszcze kilka miesięcy, będzie mógł…


- Ja swoje skończyłam. – Powiedziała lekko kobieta i wyszła z domu, zostawiając wszystkich wokół zdumionych i zdezorientowanych. Nikt oprócz kobiety w płaszczu, Erica i grupki przyjaciół nie wiedział kim była kobieta, która właśnie zniszczyła od tak jedno istnienie. Eric rozejrzał się po wszystkich zebranych i nagle klasnął w dłonie, żeby zwrócić na siebie uwagę.
- Potrzebuję trzech ochotników. – Spojrzał na przestraszone towarzystwo i był zdziwiony, kiedy z szeregu wyszła czarnoskóra kobieta, Azjata i jakiś blady chłopak. Pokiwał głową na znak aprobaty i szacunku, i kiwnął na nich ręką, żeby szli za nim. skierował się w stronę pokoju, w którym Cassandra przed momentem zamordowała Jaye i ujrzał zapłakanego Aleca, który klęczał przy ciele i głaskał dziewczynę po policzku.
- Piękny dzień, żeby kogoś wskrzesić, prawda? – Alec spojrzał się na Erica zdziwiony i lekko się do niego uśmiechnął, mówiąc:
- Dziękuję, ojcze. 

___________________
Wielki powrót, nie mam pojęcia kiedy kolejny, pozdrawiam xx 
liv xoxo