Google+ Followers

poniedziałek, 15 lipca 2013

Dwadzieścia pięć.

- J

aye? – Poczuła jak zimna woda ląduje na jej twarzy i otworzyła zdziwiona oczy. Nie była już dłużej w mieszkaniu Camille. Znalazła się znowu na plaży, na tej samej, na której była, kiedy poznała starszą kobietę. Spojrzała się na swojego młodszego brata i uśmiechnęła się lekko, pytając:
- Proszę, powiedz, że nie żyję i mogę tu zostać. – Damien uśmiechnął się do dziewczyny i podał jej dłoń, unikając odpowiedzi na pytanie. Nie był pewien, czy może jej to wszystko opowiedzieć, miał ją tylko zaprowadzić do kobiety. Ona jej wszystko opowie. Damien puścił jej dłoń po pięciu minutach spaceru i zniknął zostawiając za sobą tuman kurzu.
Jaye rozejrzała się dookoła i zapukała w drzwi domku, który już kiedyś widziała. Była tutaj, choć sama nie była niczego pewna. Ludzie przecież czasem wracają do tych samych miejsc w swoich snach…
- Kto tam? – Usłyszała słaby głos staruszki, która właśnie otworzyła jej drzwi wejściowe.
- Jaye? – Spytała niepewnie, na co kobieta szeroko się uśmiechnęła i pokiwała ręką na znak, że ma wejść do środka. Jaye wyminęła kobietę i usiadła w tym samym fotelu, co kilka tygodni wcześniej. Wciąż miała przed oczami jej kota, który poruszał się z wrodzoną gracją, a mimo to, kobieta wciąż zachowywała się jakby to był zwykły wiejski kot.
- Słyszę, że już usiadłaś, zaraz zrobię ci herbatkę. – Kobieta, opierając się o ścianę skierowała się w stronę kuchni, zostawiając Jaye samą sobie w swoim salonie. Blondynka wstała z kanapy i podskoczyła przestraszona, kiedy usłyszała jak kobieta z kuchni powiedziała:
- Śmiało, rozejrzyj się.
Czuła się nieco nieswojo, kiedy kobieta dała jej pozwolenie. Nie wiedziała, na co ma patrzeć. Starsza kobieta miała w swoim domu bardzo dużo rzeczy, zdjęć. Widać było, ze to wszystko kolekcjonuje. Tak jakby kolekcjonowała wspomnienia, tyle, że ona nie może ich zobaczyć. Może je poczuć, chyba… A co jeśli to lepsze? Lepiej jest coś poczuć niż zobaczyć?
- Podoba ci się to, co widzisz? – Jaye ponownie podskoczyła, kiedy usłyszała głos staruszki, która poruszała się tak cicho, że było to wręcz nienaturalne. Jaye uśmiechnęła się do kobiety, ale po chwili uświadomiła sobie, że ona jej nie widzi, więc nie ma sensu się starać.
- Moja mama zawsze powtarzała, że uśmiech można poczuć. Dotknąć aury, która wtedy roznosi się wokół człowieka. Pewnie teraz patrzysz na mnie jak na starą wariatkę, ale prawda jest taka, że wiem, kiedy ludzie są naprawdę szczęśliwi. Nadal jesteś gotowa oddać za niego życie? – Spytała staruszka, na co Jaye lekko się wzdrygnęła i rozejrzała po pokoju. Kobieta usiadła na swoim bujanym krześle i poklepała miejsce na kanapie, które znajdowało się bardzo blisko niej.
- Jesteś gotowa, prawda? Mogłabyś to zrobić. – Stwierdziła kobieta i uśmiechnęła się lekko, głaszcząc swojego kota, które w gębie trzymał kawałek włóczki. Dziewczyna usiadła obok staruszki i wtedy uświadomiła sobie, przy kim siedzi.
- Jesteś moja babcią, prawda? – Kobieta uśmiechnęła się lekko i pokiwała głową na znak potwierdzenia, którego Jaye najmniej potrzebowała. Odsunęła się od kobiety i skierowała się w stronę drzwi.
- Jesteś taka sama jak ona, chcę ci pomóc. Jestem inną wersją Cassandry. Znasz ją jako wredną wiedźmę z Cannes, ja jestem czarownicą, ale tą sprzed przemiany. Kobietą, która martwiła się o to, czy kurczątko wykluje się zdrowe. Kobietą, która kochała swoich przyjaciół i rodzinę ponad życie. A ty, jeżeli mnie nie posłuchasz, staniesz się taka jak ona teraz. Oschła, zła. Ociekająca wściekłością, mordującą bez zahamowań, chcesz taka być? – Jaye pokiwała przecząco głową, zdając sobie sprawę z tego, ze kobieta tak czy siak nie widzi i usiadła na fotelu naprzeciwko kobiety.
- Kiedy się obudzisz, a zrobisz to niedługo, będziesz wiedziała, że to, co wydawało ci się złe takie nie jest i zaczniesz współpracować. Zaczniesz wierzyć, a później… - kobieta zaczęła się krztusić i spojrzała przerażona na Jaye, która siedziała w fotelu, nie wiedząc, co ma zrobić.
Podbiegła do staruszki po kilku sekundach i spojrzała się w jej zamarłe szare oczy, które po chwili stały się czarne, a następnie źrenice kompletnie zniknęły. Siwe włosy zaczęły wypadać, a paznokcie u rąk stały się czarne i po chwili odpadły. Z oczu zaczęła płynąć krwistoczerwona ciesz, a plecy wygięły się w nienaturalnej pozycji. Nagle usta kobiety otworzyły się w sposób, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie zdążyła i przestała się ruszać.
Niespodziewanie wszystko zniknęło, a Jaye z powrotem znalazła się w domu kobiety w czerwieni.

- Co się stało? – Spytała nieprzytomnym głosem i spojrzała na Aleca, który zapłakany siedział na łóżku i wpatrywał się w sufit, najwyraźniej próbując powstrzymać płacz.
Jaye uśmiechnęła się lekko odwróciła wzrok w stronę Erica, który zdziwiony wpatrywał się w blondynkę. Chwycił jej przegub i spojrzał na swoją dłoń. Dwójka ochotników, którzy zgodzili się brać udział w całym wskrzeszaniu byli bardziej zdziwieni niż zanim Eric zaczął cokolwiek robić. Przyglądali się z uwagą drobnej blondynce, która próbowała się podnieść z podłogi, ale za każdym razem upadała z powrotem. Po około minucie Eric wraz z Alecem opamiętali się i pomogli Jaye podnieść się z drewnianych paneli.
Blondyn chwycił dziewczynę w ramiona i mocno ją do siebie przytulił, co spowodowało, że chłopak zaczął się zastanawiać, czy tak naprawdę chcę zapomnieć o prawdziwej miłości. Z jednej strony widział przewrażliwioną dziewczynę, która za każdym razem próbowała uciekać, ale z innego punktu widzenia, kochał ją. Kochał ją tak bardzo, ze wręcz bał się jej zapomnieć. Co jeżeli wraz z jej widokiem zniknie wszystko, co dobre w jego życiu? Nie potrafił znieść myśli, że jedna, drobna dziewczyna zmieniła go tak bardzo, że nie potrafił podjąć decyzji nie bacząc na jej dobro. Czy prawidłowe byłoby odejście bez pożegnania? Skoro już wie, że nic jej nie grozi, zniknąć i nigdy więcej się nie pojawić? Przecież tego chciała…Uciec przed nim, zostawić go i cale zło, które na nią zrzucił. Mógł przecież wybrać inną blondynkę i zniszczyć jej życie, a jednak zobaczył Jaye i wiedział, że to ona. I niszczy ją. Wbrew własnej woli, choć z jego winy.
- Możecie zostawić nas samych? – Szepnęła Jaye i spojrzała się na Erica, która wpatrywał się w Aleca, oczekując jego zdania. Blondyn kiwnął lekko głową na znak zgody i wszyscy zgromadzeni w pokoju wyszli, choć Eric nie był pewien, czy chce ich zostawiać samych. Alec kiedy był przy dziewczynie stawał się miękki, jak wtedy, gdy był normalnym człowiekiem. Z drugiej jednak strony, kiedy był przy dziewczynie stawał się inny, jakby doroślejszy, a Ericowi zależało na jego dzieciach. Był nieugięty, ale to nie znaczyło, że ich nie kocha. Wręcz przeciwnie, chciał ich nauczyć, że miłość potrafi niszczyć, jeżeli zbytnio się starasz. A Alec zdecydowanie za bardzo się starał. Zależało mu na dziewczynie i to było najgorsze, bo wzbudziła w nim uczucia, których on nie umiał obudzić. Jeden jej ruch starczył, żeby cały Alec był jej. Eric wiedział, że wystarczyłoby jedno słowo i Alec przestałby go szanować. Pewnie byłby gotowy go zabić, byleby cierpienie dziewczyny się skończyło. Być może nie chciał w to wierzyć, ale był świadomy. Bo świadomość to pierwszy krok do prawdziwego życia.
Eric sądził, że to nierozsądne, ale mimo to zaczynał ją lubić. Chociażby dlatego, że sprawiała, że życie jego jedynego syna stawało się lepsze niż on mógł to wymarzyć.

- Jesteś pewien, że jesteśmy sami? – Wyszeptała cicho, nie patrząc chłopakowi w oczy, a kiedy ten lekko pokiwał głową, spojrzała za okno i powiedziała:
- Byłam tam. Znowu. U tej starszej kobiety na plaży. Powiedziała mi, że czuje, że oddałabym za ciebie życie. – Alec chwycił jej dłoń i zaplótł ze sobą ich palce. Jaye przez chwilę poczuła się jak kilka miesięcy wcześniej, kiedy dłoń Aleca zastępowała męska dłoń Artura; kiedy nie spodziewała się, że jej życie tak diametralnie się zmieni, nie spodziewała się, że cokolwiek będzie się zmieniało, włącznie z nią. 
– Miała rację i to jest błąd. Wiesz dlaczego uciekałam? – Alec puścił jej dłoń i podszedł do okna, próbując hamować napływające łzy. Nikt nigdy nie sprawił, że łzy nie były pod jego kontrolą. Ona zmieniła wszystko i to go drażniło, a teraz ucieka. 
– Bo chciałam się odzwyczaić, ale moja mama zawsze mawiała, że kiedy się do czegoś przyzwyczaić i będziesz chciała uciec to tak jakbyś chciała przeżyć bez tlenu. Miała rację, jak wszyscy inni. Pragnęłam sprawić, że staniesz się tylko czystym złudzeniem, cudownym wspomnieniem, za którym będę tęsknić, ale zdołam się odkochać. Nie dałam rady. Jestem za słaba, żeby bez ciebie żyć, wiesz?- Alec odwrócił się w jej stronę i usiadł na łóżku, chowając twarz w dłonie. Miał dość, nie potrafił znieść myśli, że zrobił jej coś takiego. Mówią, że miłość jest cudownym uczuciem, ale kiedy dwójka ludzi kocha się tak mocno, że nie potrafią bez siebie żyć, to jest tragedia. Z każdym samotnym oddechem, czują jak tracą cząstkę siebie, a cisza, która ich otacza tak bardzo przytłacza ich marne ciałka, że w końcu się załamują…
- Pamiętam jaki byłeś na początku. – Jaye uśmiechnęła się lekko i spojrzała na Aleca, który nieświadomy tego, co robi uśmiechnął się delikatnie w jej stronę i otarł łzy z policzków. – Pamiętam, kiedy kazałeś mi na siebie czekać godzinę pod autem, bo musiałeś postawić na swoim. Pamiętam jak śmiałeś się ze mnie, kiedy ci się przypatrywałam. Pamiętam ten szaleńczy wzrok, kiedy zobaczyłeś limo pod moim okiem. Na początku wszystkiemu zaprzeczałam, ale wiedziałam, że moje serce należy do ciebie. Najgorzej było się ze sobą pogodzić. Zrozumieć, ze nie ma odwrotu, że jest tylko jedna droga, która za każdym razem prowadzi do ciebie, nawet jeżeli zawracałabym nie wiadomo ile razy, zawsze na samym końcu jesteś ty.
Alec podszedł do blondynki, która opierała się o ścianę i mocno ją do siebie przytulił. Dziewczyna wtuliła się w jego ramię i cicho załkała. Tęskniła za jego uściskiem, za jego mocnymi ramionami i tym ciepłym oddechem na jej szyi, kiedy wtulała się w niego.

- Co z nią? – Spytała Camille, kiedy ujrzała Erica, schodzącego powoli po schodach w zadumie. Nie miała zamiaru czekać, aż Eric wystarczająco się namyśli, tu chodziło o jej przyjaciółkę. Ruszyła biegiem po schodach, a kiedy wpadła do pokoju, skrzywiła się lekko i przechyliła głowę w lewo. Przymykając jedno oko, pokręciła przecząco głową.
- Co ty robisz? – Spytała się roześmiana Jaye i trzymając Aleca za rękę odsunęła się lekko od niego.
- Z każdej strony wyglądacie przesłodko, to niemożliwe. – Alec uśmiechnął się lekko i mocniej ścisnął dłoń Jaye, nie mogąc uwierzyć, że znów jest tak jak kiedyś. Kiedy wszyscy zwątpili, on nadal trwał w nadziei, że wszystko się ułoży… Jak zawsze wszystko poszło po jego myśli.
- Chodź tu. – Powiedział Alec i wystawił ramiona do grupowego uścisku.
- Żeby nie było nieporozumień. Ja wciąż pamiętam jak mnie postrzeliłeś.
Alec zaśmiał się cicho i spojrzał na Camille, która najwyraźniej oczekiwała przeprosin.
- Co do tamtego… - Podrapał się w tył głowy i uśmiechnął się delikatnie. – Nie było do końca celowe. – Camille spojrzała się na niego zszokowana, ale po chwili machnęła ręką i wyszła z pokoju.
- Alec. – Jaye szturchnęła chłopaka w ramię i zaśmiała się głośno, ale po chwili upadła na ziemię, trzymając się za brzuch. Alec usiadł obok niej i położył jej głowę na swoich kolanach. Cicho pytał sam siebie dlaczego się to wszystko dzieje, ale jak zwykle nie otrzymał odpowiedzi. Bał się, że znowu ją straci, ale ona nagle roześmiała się i mocno rzuciła mu się w ramiona.
- Nigdy więcej tego nie rób, Jaye. – Dziewczyna zaśmiała się cicho i delikatnie pocałowała chłopaka w policzek.
- Myślisz, że Eric nadal będzie mnie dręczył? – Alec wzdrygnął ramionami i opuścił głowę. Choć dobrze znał odpowiedź nie chciał jej nic powiedzieć. Lękał się, że jeśli powie jej całą prawdę, ona znowu ucieknie i go zostawi. A ostatnie czego chciał to znowu stać się samotny. Nienawidził tego momentu swojego życia, kiedy nie miał do kogo otworzyć buzi, a jedyną osobą, która go słuchała był Eric i to tylko czasami, zazwyczaj wtedy, kiedy opowiadał mu o tym jak polował na kolejną ofiarę, która tak bardzo przypomina jego siostrę.
- Mam nadzieję, że cię zostawi. Nie chcę znowu przechodzić przez to wszystko. Chcę, żebyś została ze mną na zawsze, Jaye. – Dziewczyna puściła jego dłoń i stanęła przy oknie, wyglądając na podjazd posiadłości kobiety w czerwieni, która była jedyną osobą w tym domu, która tak naprawdę martwiła się o jej dobro. Zdaniem Jaye, Alec był zbyt podporządkowany Ericowi, żeby w pełni powiedzieć jej prawdę, ale za bardzo go kochała, żeby być w stanie go opuścić. Nie wyobrażała sobie życia bez jego mocnego uścisku, czułego uśmiechu i oczu, które wyrażały wszystkie emocje, które w sobie chował przez tyle lat. Nie chciała, żeby znowu stał się tym samym bezuczuciowym stworzeniem, którym był zanim ją poznał.
- Kłamiesz, Alec, ale ja naprawdę chcę ci wierzyć.
- Przepraszam. – Szepnął cicho i usiadł na brzegu łóżka, wpatrując się w plecy Jaye. Stukała w jakiś wymyślony przez nią rytm paznokciami w parapet i wciąż patrzyła się na podjazd, czekając aż zdarzy się coś, co pomoże jej wymyślić, co ma zrobić.

- Gdzie jest Alec i Jaye? – Spytał Paul, rozglądając się uważnie po pokoju. Miał rację – nie było ich tam. Stali razem na tarasie i starali się zrozumieć wszystko, co zdarzyło się przez ostatnie tygodnie.
- Niech ktoś ich zawoła, do cholery. – Syknął i usiadł przy stole wśród wszystkich zebranych. Chciał się dowiedzieć, skąd Alec i Nathalie zdobyli adres jego matki, skąd wiedzieli, że tam będzie i co z nią zrobili.
Zrobi zdecydowanie wszystko, żeby się dowiedzieć. Nawet użyje zakurzonej już sali tortur w piwnicy. Specjalnie dla nich nawet tam posprząta, żeby nie musieli wdychać starego kurzu, który przylepił się do brudnych narzędzi. 
- Witam moją parę zakochanych. Może do cholery usiądziecie? - Kobieta w czerwonym płaszczu odchrząknęła znacząco, co mialo zwrócić uwagę wściekłemu Paulowi, że nieco się zagalopował, ale on jakby nigdy nic się nie zdarzyło wyciągnął broń z kieszeni i wycelowal nią w Aleca. 
- Przypominam ci, że znajdujesz się w jednym pokoju z pierwszą córką Boga Ciemności. Panowałabym nad swoimi emocjami na twoim miejscu. - Paul skierował broń w jej strony, a w międzyczasie Alec nadnaturalnie szubko znalazł się przy chłopaku i go zablokował. Paul na ślepo wystrzelił jeden nabój z broni, który rozbił lustro po drugiej stronie pomieszczenia. 
- Do cholery jasnej! - Kobieta w czerwonym płaszczu wstała szybko od stołu i podeszła do Paula, wyciągając mu broń z ręki. Powiedziała coś pod nosem i broń roztopiła się w jej dłoni. 
Jaye przyglądała się wszystkiemu z bezpiecznej odległości w duszy prosiła o to, żeby wszystko się szybko skończyło. Nagle usłyszała jakby odgłos wybuchającej bomby i poczuła niezwykłe uczucie ciepła w podbrzuszu. Dotknęła ręką miejsce ciepła, a kiedy ją podniosła byla ona cała w czerwonej cieczy. Jaye spojrzała się na przerażone towarzystwo, uśmiechnęła się lekko i upadła na ziemię, widząc tylko czarną plamę.